Przydatność 90%

ATRAKCYJNOŚĆ INTERPERSONALNA

Autor:

We wszystkich dziedzinach działalności ludzkiej jesteśmy zmuszeni wydawać niezliczonej ilości opinie na temat ludzi czy zjawisk. Można by nawet posunąć się do stwierdzenia, że jedną z cech niezbędnych do przetrwania jest zdolność oceny, czy dana osoba jest przyjaźnie czy też wrogo do nas usposobiona. Na wzajemne stosunki wpływa nie tylko czyjś wygląd, wykształcenie, sposób bycia czy podobieństwo, ale także fakt, czy ktoś, kogo lubimy też nas lubi. Na pytanie: "jakich ludzi lubimy?" padają różne odpowiedzi, bo każdy z nas jest różny i ma indywidualne potrzeby czy upodobania. Ogólnie można wymienić kilka podstawowych i najczęściej wymienianych cech. Darzymy sympatią osoby o podobnych umiejętnościach, zdolnościach czy kompetencjach, których wierzenia i zainteresowania są podobne do naszych i tych, którzy odwzajemniają naszą sympatię. Osoby, którym można ufać, posiadające takie cechy jak: lojalność, uczciwość, uprzejmość, rozsądek, empatia. Także tych ludzi, którzy nam coś dają i pozwalają się obdarowywać.
Podstawowym determinantem atrakcyjności interpersonalnej jest tak zwany efekt częstości kontaktów, czyli zjawisko polegające na tym, że im częściej z kimś się spotykamy, tym większe jest prawdopodobieństwo, że zostanie on naszym przyjacielem. Tak więc im bliżej ktoś mieszka, tym częściej i łatwiej jest nawiązać znajomość. Wprawdzie istnieją związki i przyjaźnie na odległość, gdzie listy muszą wystarczyć i nierzadko wystarczają, jednak to, jak częste i intensywne były kontakty na początku w znacznej mierze decyduje o przebiegu i czasie trwania znajomości. Nie tylko odległość fizyczna, ale także funkcjonalna odgrywa istotną rolę w życiu. Zgodnie z tym założeniem więcej przyjaźni będzie zawartych pomiędzy ludźmi z tego samego piętra niż z różnych pięter w budynku. Nawet tak bagatelny fakt, jak mieszkanie w akademiku blisko skrzynki pocztowej stwarza okazję do częstszych kontaktów, a co za tym idzie - -większej liczby przyjaciół .
Drugim czynnikiem wpływającym na nasze stosunki międzyludzkie jest efekt czystej ekspozycji, tłumaczony jako "zjawisko polegające na tym, że im częściej jesteśmy wystawieni na ekspozycję bodźca, tym bardziej jesteśmy skłonni ten bodziec polubić". Mówiąc prościej - osoby częściej spotykane, a przez to bardziej nam znane stają się naszymi przyjaciółmi. Chyba że dana osoba w ogóle nam nie przypadnie do gustu, bo jest na przykład niesympatyczna, nieprzyjemna czy wręcz niegrzeczna. Wtedy choćbyśmy nie wiem jak często przebywali w jej towarzystwie, to raczej jej nie zaakceptujemy.
Z reguły bardziej przepadamy za osobami zdolnymi i kompetentnymi, niż za tymi, które bez przerwy popełniają błędy, które pomimo pouczeń dalej robią źle. Jednak istnieje też wyjątek od tej reguły - czasem lepiej, gdy ktoś nieskazitelny popełni jakąś gafę, gdyż zmniejsza to dzielący dystans i sprawia, że człowiek wydaje się przez to bardziej "ludzki".
To, jak bardzo odpowiada nam towarzystwo danej osoby jest zależne także od naszego podobieństwa do niej, od wyznawanych tych samych lub pokrewnych poglądów, o podobnych zachowaniach, postawach. Nie jest to dziwne: chyba nikt nie znajduje satysfakcji w trwaniu w konfliktowym związku. Przyjaźń czy miłość to przede wszystkim czas rozmów i trudno byłoby wytrzymać spierając się bezustannie na temat ulubionego filmu, wyboru prezydenta, religii czy rodzaju sosu do sałatki, a milczenie pełne ukrytych żalów i pretensji niedobrze świadczy o wzajemnym dopasowaniu się. Zgodność opinii na dany temat sprawia, że czujemy się akceptowani, przynależni do jakiejś grupy wyznającej powszechnie uznawaną rację. Dodatkowo odczuwamy, że spotkaliśmy "bratnią duszę", co pozwala na bardziej otwarty i bezpośredni kontakt, sprawia, że nie musimy być tak ostrożni w wypowiadaniu słów, bo wiemy, że druga osoba nas zrozumie bez zbędnych tłumaczeń. Jednak ciągłe zgadzanie się z naszym zdaniem budzi obawę, czy aby nie mamy do czynienia z konformistą, który każdą opinię przyjmuje za poprawną zwalniając się przy tym od myślenia i ewentualnej odpowiedzialności.
Obok jednego powiedzenia, że "Swój ciągnie do swego" istnieje drugie: "Przeciwieństwa się przyciągają". Spotyka się wiele par, z których jedna jest osobą nieśmiałą, a druga otwartą; gaduła może być atrakcyjna dla kogoś, kto jest małomówny, lubi i potrafi słuchać; z kolei ktoś, kto lubi wychowywać preferuje ludzi uległych. Związki takie oparte są na zasadzie komplementarności, czyli na posiadaniu cech przeciwnych do naszych, a więc uzupełniających. Szczerze mówiąc bardzo nudnym wydaje mi się związek, gdzie co parę chwil słyszymy: "tak, kochanie"; "ależ oczywiście, że się z Tobą zgadzam"; czy: "bez wątpienia masz rację". Różnice pomiędzy partnerami sprawiają, że znajomość staje się bardziej interesująca, a my sami możemy docenić sympatię czy przyjaciela za posiadanie tych cech, których nam brakuje. Może to stąd pochodzi stwierdzenie o poszukiwaniu naszej "drugiej połowy".
Podzielam stanowisko innych badaczy , że o ile podobieństwo odgrywa istotną rolę na początku znajomości, o tyle komplementarność staje się ważna później i jest coraz to ważniejsza w miarę wydłużania się związku.
Efekt częstości kontaktów, efekt czystej ekspozycji, podobieństwa i dzielących nas różnic to nie wszystko, co wpływa na naszą ocenę innej osoby. Istotną rolę odgrywa także fakt, jak jesteśmy traktowani przez innych. Na przykład większość z nas woli raczej być chwalona niż krytykowana, ale tylko pod warunkiem, że otrzymywane pochwały są szczere i sensowne. Nikt nie chce być ofiarą manipulacji. Ponadto bardziej cenimy tych, którzy dostrzegają nasze wady i słabości, co świadczy o ich spostrzegawczości i inteligencji, niż tych, którzy nieustannie nam schlebiają.
Różnie okazywana nam sympatia znajduje odbicie także w naszym zachowaniu: wiara, że jest się lubianym powoduje równie przyjazne gesty - nie tylko w stosunku do osób, które darzą nas sympatią. Taka wiara dosłownie uskrzydla, podnosi na duchu, daje radość, która promieniuje na innych. Nie każdy z nas potrafi, pomimo wyczuwalnej antypatii, odnosić się serdecznie do osoby, którą podejrzewamy, że nas nie lubi. Stajemy się z reguły ostrożniejsi, bardziej zamknięci w sobie i niechętni, co znacznie utrudnia innym poznanie nas. Tak więc raz zaistniała i powtarzająca się sytuacja prowadzi do trwalszych zmian w naszym zachowaniu, a co za tym idzie - w naszych stosunkach międzyludzkich. Niełatwo jest później dotrzeć do takich ludzi i przełamać ich strach przed odrzuceniem.
Kolejnym czynnikiem rzutującym na nasze kontakty interpersonalne jest efekt zysku-straty. Jest to zjawisko polegające na tym, że bardziej lubimy daną osobę, jeśli byliśmy nie lubiani przez nią na początku znajomości i odwrotnie: nie przepadamy za kimś, kto nas polubił, lecz potem zmienił o nas zdanie i nie darzy nas sympatią. Nic w tym dziwnego. Jak już wspomniałam wyżej, istotną rolę odgrywa częstość kontaktów między ludźmi: im dłużej z kimś przebywamy, tym bardziej on nas poznaje. Jeśli nie zostaliśmy zaakceptowani po kilku pierwszych spotkaniach, to możemy sobie tłumaczyć, że poznanie nas wymaga większej ilości czasu - wtedy krytyka czy odrzucenie nie jest takie krzywdzące - tym bardziej, jeśli okazuje się, że później rzeczywiście zostaliśmy zaakceptowani. Gorzej, jeśli zdaje nam się, że ktoś nas lubi, lecz później zmienia swoje nastawienie w stosunku do nas na niepochlebne. Wtedy wielu z nas wysuwa wniosek, że widocznie nie jesteśmy osobą godną poznania, z którą warto utrzymywać znajomość, co z czasem prowadzi do kompleksów. Okazuje się, że im więcej musimy włożyć wysiłku w zmianę pierwotnej negatywnej opinii o nas, tym bardziej kogoś lubimy.
Z przeprowadzonych badań wynika, że nawet bardziej darzymy sympatią tych, którzy zmieniają swe zdanie o nas na pozytywne, niż tych, którzy cały czas takie mają. Zapewne ma to związek z redukcją lęku, który odczuwaliśmy, będąc początkowo nie lubiani i poczuciem wdzięczności z powodu jego zmniejszenia. Jednak aby efekt zysku-straty mógł się ujawnić, zmiana postaw musi zachodzić stopniowo. Na szybką zmianę opinii o nas możemy zareagować nieufnością i podejrzenie o przekupstwo.
Jeżeli koszty utrzymywania związku (np. brak poczucia bezpieczeństwa, odczuwany dyskomfort psychiczny) znacznie przewyższają zyski (np. otrzymywane pochwały, poczucie akceptacji) to najprawdopodobniej nie potrwa on zbyt długo.
"Nagrody są pozytywnymi aspektami związku, które czynią go wartościowym i wzmacniającym. Przez to pojęcie rozumiemy zarówno cechy indywidualne, konkretne zachowania naszego partnera, jak i nasze umiejętności osiągania zewnętrznych korzyści dzięki znajomości zalet partnera (np. status, działalność czy grono interesujących przyjaciół)" . Jednakże każdy związek emocjonalny niesie za sobą ryzyko kosztów (np. przymus znoszenia wszystkich drażniących nawyków i wad drugiej osoby czy zazdrość). Podobnie jak w bilansie przedsiębiorstwa - należy dążyć do tego, by po odjęciu kosztów od zysków wynik był dodatni. I mimo że często ilościowo po stronie pasywów jest mniej, niż aktywów po stronie przeciwnej, to nie oznacza to jeszcze ujemnego wyniku - niejednokrotnie zdarza się, że jedna zaleta rekompensuje kilka wad.
Dowiedziono, że relacje interpersonalne oparte na równości poniesionych wkładów to związki najbardziej szczęśliwe i stabilne . Te związki, w których jedna strona stosuje metodę ingracjacji, czyli minimum kosztów przy maksymalnych zyskach nie rokują dobrze. Gdy ilość nagród przewyższa nasze możliwości odwzajemnienia się - wówczas niejednokrotnie czujemy się niezręcznie i mamy poczucie winy, co jest mniej przeszkadzające, niż fakt otrzymywania zbyt małych zysków w porównaniu z poniesionymi kosztami.
Inaczej wygląda kwestia zysków i strat w związkach uczuciowych długotrwałych. Wówczas decydujący wpływ ma tak zwany inwestycyjny model związku, czyli porównanie tego, co ludzie wnoszą w dany związek z tym, co zostanie utracone, gdy się z tego związku wycofają. Im więcej inwestujemy, tym mniej jest prawdopodobne, że nagle zaniechamy inwestycji. Zdarzają się sytuacje, kiedy wydaje się nam, że nie jesteśmy w stanie znieść złego traktowania przez ukochaną osobę i wtedy decydujemy się na zerwanie. Jednak zanim podejmiemy tą decyzję, zastanawiamy się, czy po zaprzestaniu kontaktów nie będziemy bardziej nieszczęśliwi, niż przedtem. Decyzja taka nie jest łatwa, gdyż często rani dwie osoby na raz i trudno stwierdzić, kogo bardziej. W dodatku to na podejmującego ten krok spada odpowiedzialność za stan emocjonalny i przyszłe zachowanie porzucanego. Osobną kwestią jest tu tzw. toksyczny związek opierający się głównie na wykorzystywaniu jednej osoby przez drugą - materialnie czy emocjonalnie, kiedy uzależnienie od niej nie pozwala na zerwanie pomimo wyraźnych szkód przez nią wyrządzanych.
Ogromny wpływ na nasze stanowisko względem jakiejś osoby ma jej wygląd, mimo że niektórzy mają wyraźne opory przed przyznaniem się do tego faktu. Atrakcyjność fizyczna ma istotny wpływ w początkowym stadium znajomości i tego nie można się wyprzeć. Zupełne ignorowanie czyjegoś wyglądu, np. podczas rozmowy kwalifikacyjnej w sprawie pracy, może być katastrofalne w skutkach zarówno dla pracownika jak i dla pracodawcy. Ważną informacją jest to, co widzimy, ale nie należy opierać swych sądów tylko na tym, gdyż jest to niejednokrotnie bardzo krzywdzące. Badania przeprowadzone przez Elaine Hatfiels zburzyły popularny mit, że to jedynie mężczyźni zwracają głównie uwagę na atrakcyjność fizyczną swych partnerek. Z kolei badania Gregory`ego White`a wykazały zależność między wyglądem par a stabilizacją ich związku. Według nich te pary, które były dobrze dobrane pod względem fizycznej atrakcyjności, były bardziej zaangażowane w swój związek niż te, które tworzyły osoby różniące się pod tym względem. Zapewne istotną rolę w tych związkach miało poczucie bezpieczeństwa, zagrożenia, rywalizacji i zazdrości, jak i zaniżone poczucie własnej wartości osób mniej atrakcyjnych.
Uderzające jest, jak ludzie na podstawie wyglądu wnioskują o cechach danej osoby. Wychodzimy z przekonania, że to, co piękne jest także dobre, przypuszczamy, że osoby ładne odnoszą więcej sukcesów, są bardziej interesujący, niezależni, bardziej atrakcyjni seksualnie i inteligentni, choć w związku z tym ostatnim utrwala się nowy stereotyp: "pięknej i bezmyślnej blondynki". Korzystny wygląd stwarza również i inne pozory: że przystojni i umięśnieni mężczyźni, typu "macho", są w istocie "bezrozumnymi mięśniakami". Trudno się dziwić powszechnej tendencji do szufladkowania ludzi ze względu na ich wygląd, skoro od wczesnego dzieciństwa przyswajano nam tzw. kulturowy standard piękna, chociażby za pośrednictwem kreskówek, gdzie postacie złe i okrutne były brzydkie, a dobre i szlachetne - piękne.
Dowiedziono także inną prawidłowość: ludzie, w stosunku do osób urodziwych, są skłonni zakładać raczej ich niewinność niż winę. Gdy jednak stwierdzą, że osoba atrakcyjna wykorzystała swoją urodę dla osiągnięcia korzyści, będą wobec niej bardziej surowi .
Ludzie atrakcyjni fizycznie z reguły myślą o sobie pozytywnie, bo tak też są traktowani, a ludzie mniej atrakcyjni traktują siebie jako gorszych i nie lubianych, ponieważ są ciągle tak odbierani. Bodziec (czyjaś opinia o nas) i reakcja (nasze zachowanie) działają na zasadzie sprzężenia zwrotnego. Jest to tak zwane samospełniające się proroctwo. Na szczęście jest tak, że to, jak bardzo lubimy innych, wpływa na ich myślenie o sobie. Także im bardziej kogoś lubimy, tym przyjemniejszy wydaje nam się jej wygląd. Może powinniśmy ogłosić powszechną akcję, która będzie realizowała postulat: "Śmiej się, a świat będzie śmiał się do ciebie!". Wtedy więcej osób na wstępie polubi uśmiechnięte osoby, a poznając je bardziej - zaakceptuje.
Czyjś wygląd odgrywa dużą rolę w tak zwanej "miłości od pierwszego wejrzenia", gdyż wtedy jeszcze nie można kochać kogoś za jego charakter, tylko za to, co widzimy i jakie mamy "przeczucie" co do tej osoby. Najpewniejsze wydają się te związki, które zaczynają się od przyjaźni, kiedy wygląd nie odgrywa istotnej roli i nie decyduje o naszym nastawieniu do niego. Jeśli spotykamy kogoś w celu zawarcia przyjaźni - nie zwracamy uwagi na to, czy ktoś jest w istocie ładny czy nie, ograniczamy się raczej do spostrzeżenia, czy jest zadbany. Jeśli jednak nastawiamy się na poznanie naszego przyszłego partnera, wtedy nie tylko zauważamy, jak on się prezentuje, lecz także zaczynamy przywiązywać wagę do naszego wyglądu.
Nasza atrakcyjność interpersonalna w znacznym stopniu zdeterminowana jest przez sposób, w jaki uczymy się przywiązywać do innych osób ukształtowany we wczesnym dzieciństwie. Przykładowo niemowlęta, których styl przywiązywania się oparty był na poczuciu bezpieczeństwa są bardziej ufne, nie boją się odrzucenia i spostrzegają siebie jako osoby lubiane i chciane. Styl przywiązywania się oparty na unikaniu kształtuje dzieci, które tłumią potrzebę nawiązania intymnych kontaktów w obawie przed niepowodzeniem. Zachowanie takie spowodowane jest niedostępnością i dystansem opiekunów. Natomiast niemowlęta z lękowo-ambiwalentnym stylem przywiązywania się mają najczęściej opiekunów apodyktycznych i niekonsekwentnych. Charakteryzują się większym niż przeciętnie niepokojem, wypływającym z niepewności, czy druga osoba odpowie na potrzebę bezpośredniej bliskości.
Łatwość w nawiązywaniu kontaktów zależy także od tego, jak kończymy poprzednią znajomość. Osoby porzucane czują się bardzo pokrzywdzone i taka decyzja bez wątpienia wpływa na ich samoocenę - czują się nie wartościowi i mało atrakcyjni. Z kolei porzucający odczuwają mniejszy ból, ale w związku z tym większe poczucie odpowiedzialności za stan emocjonalny drugiej osoby. Najkorzystniejszym rozwiązaniem jest wspólnie podejmowana decyzja o rozstaniu, co także decyduje o utrzymaniu kontaktów na stopie przyjacielskiej. Z reguły mężczyznom porzucanym jak i porzucającym nie zależy na pozostaniu przyjaciółmi, natomiast kobietom, zwłaszcza porzucanym bardziej na tym zależy.
Tak więc jeśli pragniemy zyskać przyjaciół i być przyjacielem, powinniśmy dbać o częstotliwość i jakość naszych kontaktów, kierować się zasadą podobieństwa, ale i komplementarności, oraz zasadą odwzajemnionej sympatii. Należy także pamiętać, że ludzie z reguły dobierają się na zasadzie równości, co dotyczy zarówno wyglądu, kompetencji, tego, co mamy do zaoferowania i czego oczekujemy. Do tego dołożyłabym jeszcze parę zasad znanych, ale nie zawsze używanych: powinniśmy wierzyć, że nie zawsze to, co piękne jest dobre, że "najważniejsze jest niewidoczne dla oczu"; nie opierać się tylko na słowach i pustych pochlebstwach, bowiem często "mowa jest źródłem nieporozumień"; "słuchać skarg, wychwalań, a czasem milczenia"; przebywać jak najczęściej i jak najdłużej w towarzystwie danej osoby po to, by się "oswoić - znaczy stworzyć więzy"; liczyć się z tym, że "decyzja oswojenia niesie w sobie ryzyko łez" , lecz pomimo tego nie zaprzestawać nawiązywania kontaktów z ludźmi, bo naprawdę warto. I przede wszystkim wierzyć, że nasza atrakcyjność interpersonalna zależy w dużej mierze od nas samych i tego, jak siebie spostrzegamy.




BIBLIOGRAFIA:


1. Elliot Aronson, Timothy D. Wilson, Robin M. Akert, Psychologia społeczna. Serce i umysł. Zysk i S-ka, 1997 r.
2. Philip G. Zimbardo, Floyd L. Ruch, Psychologia i życie, Warszawa 1998r.



Przydatna praca?
Przydatna praca? tak nie 42
głosów
Poleć znajomym

Serwis Sciaga.pl nie odpowiada za treści umieszczanych tekstów, grafik oraz komentarzy pochodzących od użytkowników serwisu.

Zgłoś naruszenie