Był szary, poniedziałkowy świt. Nie mogłam dłużej dusić budzika poduszką . Dzwonił zbyt natarczywie . Zerwałam się z łóżka i tak przynajmniej o dwie godziny za późno. Poniedziałek to straszny dzień, tak trudno zapomnieć o słodkim lenistwie soboty i niedzieli!
Mycie zębów i twarzy, wrzucenie do plecaka książek i zeszytów zajęło mi nie więcej niż dziesięć minut. Włączyłam swą ulubioną stację radiową. Słuchałam, łykając duże kawałki bułki popijane zimnym mlekiem z lodówki. Całe szczęście, że mama tego nie widziała. Wybiegłam z domu rozpięta, z plecakiem, w którym przy każdym ruchu przesypywały się długopisy, kredki i te wszystkie osobliwe rzeczy , jakie przez lata używania gromadzą się w zakamarkach torby .
Do ósmej zostało już niewiele minut. Musiałam jeszcze wpaść po Magdę . Nie wbiegałam na trzecie piętro , lecz jedynie naciskałam guzik domofonu i natychmias rozległ się głos mojej koleżanki z klasy :
-Zaraz spadam! Nie dzwoń, bo wszystkich obudzisz i będę miała pikło w domu.
Tym razem Magda już czekała na dole, przed wyjściem z bloku. Gdy tylko mnie zobaczyła, zaczęła poniedziałkową mowę umoralniającą:
-Co Ty wyprawiasz? Zapuszczam tu korzenie od dwudziestu minut, myślałam, że coś się stało, że nie idziesz do budy. Pewnie powiesz, że budzik tak jak w zeszłym tygodniu utracił głos i dzwonił zaledwie szeptem?
-Nie wygłupiaj się . Nie marudz. Zwyczajnie zaspałam . Pójdziemy nieco szybciej i spokojnie zdążymy.
Magda spojrzała na mnie jakoś dziwnie. Zaczęła niepewnym głosem, mówciąc cichutko i robiąc wiloznaczne pauzy.
-Rozumiesz... dzisiaj taki dzień...nieładnie się spóźniać... chyba lepiej w ogóle nie iść..
-Co Ty mówisz?
-Po prostu, dajmy dzisiaj szkole odpocząć od naszego towarzystwa . Chodźmy lepiej nad rzekę, lub do parku . Szkołanie zając, nie ucieknie. Z resztą pierwszy jest polskie, a ja nie napisałam wypracowania!

Nie bardzo wiedziałam, co odpowiedzieć. Do szkoły chodzić trzeba, chociaż z drugiej strony... w ponidziałek... ma być klasówka z matematyki, która na pewno okaże się dla mnie klęską...
Rozmyślenia przerwał mi znajomy głos:
-Czołem, kochane! Szybciutko, bo się spóźnimy. Zaraz dzonek- tym słowom towarzyszyło lekkie popchnięcie. To była nasza nowa wychowawczyni, pani Marta wiśniewska.
W mgnieniu oka straciło sens dramatyczne pytanie iść, czy nie iść? Pani wiśniewska była radosna, niczym skowronek o poranku:
-Biegiem, biegiem!-nie przetawała ponaglać- W poniedziałek zawsze chętnie wracamy do pracy, tęsknimy za szkołą, prawda?
Magda tylko spuściła głowę, uważnie oglądając swe zilone trampki.
Ja odpowiedziałam:
-Tak.. no może nie wszyscy.
Minęła ostatnia sznsa ucieczki, wielki budynek szkoły już wyłaniał się zza drzew. Przed wejściem kłębił się tłum.

Przydatna praca?
Przydatna praca? tak nie 54
głosów
Poleć znajomym

Serwis Sciaga.pl nie odpowiada za treści umieszczanych tekstów, grafik oraz komentarzy pochodzących od użytkowników serwisu.

Zgłoś naruszenie