Tolkienowskie powieści słyną z baśniowych, wymyślonych stworzeń. Jednakże smoki, trolle, krasnoludy są postaciami istniejącymi w literaturze od lat. Natomiast hobbit jest jego własnym „wymysłem”. Samo słowo „hobbit” lingwista Tolkien dowcipnie wywodzi od hobbyltan, czyli ( w języku Rohirrimów) budowniczy nor. Prawdziwe pochodzenie nazwy jest jednak inne. Tolkien był mianowicie w Oksfordzie członkiem elitarnego klubu profesorskiego, „zabawiającego” się czytaniem sag irlandzkich i dyskusjami o nich. Klub zwał się z islandzka Kolbitar (Coalbiters, gryzący węgiel), co brało się z faktu,iż klubowicze siadali bardzo blisko kominka, niemal gryźli węgle. Wymyślając nazwę dla swojego humanoida skomplikował znaną sobie miejscowość w Warwickshire, zwącą się Hobbingen (mieszkał tam przez cztery lata) z klubem Kolbitar – i tak powstał hobbit.

Jednym z najsłynniejszych (a zarazem najniezwyklejszych) przedstawicieli tego gatunku jest Bilbo Baggins, syn Bunga i Belladonny Baggins, z domu Tuk. Właśnie rodzinie ze strony matki zawdzięcza cechy charakteru niezbyt pasujące do „porządnego hobbita”. Nie do końca sprawdzone pogloski mowią, iż w jego żyłach płynie po części krew czarodziejów...

W przypadku Bilba te „obce wpływy” długo się nie ujawniały: zarówno w wyglądzie, jak i zachowaniu. Zewnętrznym wizerunkiem niemal nie różnił się od swych pobratyńców. Jak każdy hobbit nie używał butow, gdyż jego stopy przypominały twarde podeszwy porośnięte gęstym włosiem. Nosił zwykle kolorowe ubrania (najchętniej żółte i zielone), opinające okolice tali – skutek hobbickiego łakomstwa, jak również „zajadania” problemów i nowych sytuacji. Charakterystyczny, potężny głos i dobry wzrok w znacznym stopniu pomógł mu przetrwać ciężkie chwile w podróży.

Jak mówi pewne mądre przysłowie: pozory mylą. Można to odnieść i do tego bohatera. Mylny mianowicie jest pogląd, iż lubił spokój, omijał z daleka wszelkiego rodzaju awantury. Dzięki temu „ziarenku dziwactwa” odziedziczonemu po matce, wziął udzial w wyprawie do Samotnej Góry. Owszem, podczas pierwszej wizyty Gandalfa o przygodach nie wypowiada się pozytywnie ( „Przygody! To znaczy nieprzyjemności, zburzony spokój, brak wygod. Przez takie rzeczy można się spóźnić na obiad. [...] Nie życzymy tu sobie żadnych przygód”), jednak podczas kolejnych etapów podroży miał więcej chęci i nadziei na powodzenie wyprawy, niźli wszystkie krasnoludy. Można więc sądzić, że ten etap w jego życiu był w pewnym sensie przełomowy. Nikt przecież z dnia na dzień, bez żadnej przyczyny, z poważnej, dostojnej osoby, nie staje się osobą żądną mocnych wrażeń. To praktycznie niemożliwe.

Nie można jednak na niego narzekać. Mimo, iż zgodził się „zostać włamywaczem” ( a ta profesja nie cieszy się zbytnim poszanowaniem), nigdy nie zachowywał się jak ktoś będący „na bakier z prawem”. Jeśli postępował niewłaściwie, to tylko w obronie własnej (co mieści się w zakresie obrony koniecznej), lub przyjaciół (w tym wypadku nie można mu odmówić szlachetności i wierności).

Jego rozsądek, pomysłowość niejednokrotnie uratowały całą kompanię od niechybnej zguby. Co nie znaczy, że nie było sytuacji w której nie zachowałby po prostu się niemądrze np. gdy jeden z jego przyjaciół zaczął tonąć, zamiast rzucić nię na ratunek i jednocześnie zaalarmować resztę, on stał na brzegu, szlochając; dopiero sprawna akcja całaj grupy uratowała życie biednemu Bomburowi. Można usprawiedliwiać tą reakcję chwilowym szokiem, jest to jednak kiepska wymówka. Chwile bezradności zdarzają się nawet wielkim bohaterom.

Nie chcę tu wywyższać Bilba ponad jego toważyszy podróży, przeciwnie, uważam, że wspaniale się uzupelniali. Żaden z nich, sam nie dotarłby do celu. Nie osiągnęliby sukcesu również gdyby nie sprzyjało im niebywałe szczęście, co po części można przypisać właśnie Bagginsowi, wszakże „urodził się pod szczęśliwą gwiazdą”

Oceniając tę postać, nie miałam problemów. A to ze względu na to, iż sama mam koleżankę troszkę do niej podobną. Z tego też powodu nazywam ją „hobbitką” (nie protestuje, ma tylko zastrzeżenia do włochatych, twardych niczym podeszwa stóp). Najlepszym dowodem na to, że nie mam nic do zarzucenia temu hobbitowi, jest fakt przekonania owej koleżanki (nie znającej żadnej z powieści Tolkiena) do nowo nadanego przezwiska. Wiadomo – normalny człowiek ni chce być nazywany jak podrzędny stworek, woli bohaterów. A co do nielicznych wad... Któż ich nie ma? Wdzięczna jestem autorowi „Hobbita...” za stworzenie postaci tak realistycznej. Gdyby nie opis wyglądu zewnętrznego i krótkie wzmianki o pochodzeniu nie mogłabym stwierdzić czy to na pewno nie jest człowiek. Nie jest podobny do żadnych z „cukierkowych” osobowości z książek młodzieżowych. Jest normalny. Tylko czy poradziłby sobie, żyjąc w obecnych czasach (przyjmując, że hobbici byliby akceptowani w społeczeństwie)? Czy ta szlachetność, rozsądek i pomysłowość nie zmieniłaby się w zwykłe cwaniactwo (nazywane ładnie umiejętnością radzenia sobie)? Wszak „wilczych praw dziś czas”, jak śpiewał Tadeusz Nalepa...

Przydatna praca?
Załączniki:
Przydatna praca? tak nie 16
głosów
Poleć znajomym

Serwis Sciaga.pl nie odpowiada za treści umieszczanych tekstów, grafik oraz komentarzy pochodzących od użytkowników serwisu.

Zgłoś naruszenie
JAK DOBRZE ZNASZ JĘZYK ANGIELSKI? x ads

Otrzymałaś kupon na darmowe lekcje angielskiego.

3 MIESIĄCE NAUKI MOŻESZ MIEĆ GRATIS.
Odbierz kupon rabatowy