Przydatność 55%

Wartości prezentowane w "Kronice Wypadków Miłosnych"

Autor:

Miłość. Czymże jest miłość? Prócz tego, że jest matką szczęścia i nieszczęścia zarazem, jest także służebnicą Boga, która podobnie jak on - nie wybiera. Gdy soczyste pedy jej życiodajnych kwiatów, jej zaklęta w obezwładniającą słodycz potęga wdziera się w serce człowiecze - nagle wszystko przestaje się liczyć. "Niech przepada matura", "Niech przepada dom", "Niech przepada życie" - istnieje wówczas tylko uczucie, zatraca się przeszłość, zaciera przyszłość, a teraźniejszość wydaje się być sennym złudzeniem, bezkształtną iluzją, fikcją. Miłość jest ukochanym tematem poetów i pisarzy, gdyż można o niej mówić w nieskończonośc, a tak naprawdę nie zdradzić zadnej jej tajemnicy.

Jeden z bohaterów "Kroniki wypadków miłosnych" wypowiedział słowa, których chyba do końca życia nie zapomnę: "nasze pokolenie zatrute jest fikcją". Nie znam na tyle dokładnie czasów, w których dzieje się akcja powieści Konwickiego, by poświadczyć za moje zdanie głową, ale nie sądze, by były one choć w najmniejszym stopniu tak zatrute fikcją jak czasy, w których przyszło żyć nam. My - już nie ludzie, a konsumenci - bombardowani jesteśmy syntetycznymi wytworami cywilizacji, która już dawno temu przestała rodzić - teraz już tylko zabija. Zabija te resztki człowieczeństwa, które jeszcze w nas zostały, a które żyją tylko dzięki jakiemus niejasnemu, genetycznie chyba przekazanemu wrażeniu, ze kiedyś było lepiej. Miłość jest nam niezbędna do życia, bowiem wprowadza do niego elementy nie fikcji, a magii, a jak powiedziała Shirley Jackson: "Żaden żywy organizm nie może na dłuższa metę normalnie funkcjonować w warunkach absolutnego realizmu".

"Kronika wypadków miłosnych" jest jedna z najpiękniejszych opowieści o miłości, jakie w zyciu czytałam. Ukazuje całą głębię, szaleństwo i nieokiełznana naturę tego uczucia. Jak wspaniale jest powrócić, po przerabianych obecnie na języku polskim pozytywistycznych powieściach przedstawiających bezideowe społeczeństwo do prawdziwie romantycznej, nasyconej spontanicznością, humorem i młodzieńczym entuzjazmem opowieści o tym wszystkim, co człowiekowi jest najbardziej bliskie - miłości, przyjaźni, a także o życiu, śmierci, wolności umysłu i kajdanach zniewolonej uczuciem duszy.

Czasami mam wrazenie, ze nie pasuję do tej epoki, do ludzi, z którymi na codzień przebywam. Może to "wina" ksiązek: ktoś kiedys powiedział,ze "im więcej obcujesz z książką, tym więcej oczekujesz od otaczającego cię świata".Zapewne dotkliwie okaleczyłam ten cytat, ale dla mnie i tak jest on prawdziwy. Uświadomił mi on, iż tęsknię do czasów, których tak naprawdę nie znam, a "Kronika wypadków miłosnych" tylko pogłębiła tę tęsknotę.
Jakże atrakcyjne wydaja mi się czasy, w których kobiety były kobiece, a mężczyźni męscy, w których szkolni rówieśnicy zwracali się do siebie w pełnej szacunku i dystynkcji formie "Pan"/"Pani'". W dzisiejszym świecie tego typu zachowanie wydawałoby się absurdalne i śmieszne. Gdy "wchłaniam w siebie" ksiązkę opowiadającą o przeszłości mam wrażenie, ze ówczesne życie było bardziej czarodziejskie, ludzie jedli je mlaskając. Właśnie tak, wgryzali się w nie, czuli jego smak. Ich życie było zdominowane przez idee, nie przez wartości materialne. Moze nie do końca rozumieli jego sens i znaczenie - czego dowodem jest obsesyjny wręcz stosunek bohaterów "kroniki..." do śmierci, ale na pewno czerpali z niego pełnymi garściami, nie chcąc uronić ani kropellki. W XXI wieku liczy się tylko kariera. jesteśmy filisterskim wytworem własnej cywilizacji, a historie tak poruszające i romantyczne znamy jedynie z ksiązek i hollywoodzkich superprodukcji.W realnym zyciu nie mamy na nie czasu.

Opowieść o Alinie i Witoldzie sprawiła, ze ja wprost tonę w refleksjach. Chyba po tym poznaje się prawdziwą wartość książki - czy pozostawia ona jakieś piętno w psychice czytelnika. Zastanawia mnie, dlaczego tak mocno poruszyła mnie historia wysnuta przez Konwickiego. Przecież fabuła "Kroniki..." nie jest w jakis szczególny sposób oryginalna, napewno nie jest sztampowa, ale nie jest też zaskakująca - oprócz zakończenia oczywiście, ale do tego jeszcze powrócę.

Bardzo podobały mi sie elementy tajemniczości i mistycyzmu, którymi "naszpikowana" jest powieść Konwickiego, gdyz upodabniają one ją do typowego utworu romantycznego. Z początku myslałam, iż anonimowy wędrowiec którego kilkakrotnie spotykał Witold to on sam z przyszłości, gdyż niewątpliwie wiedział o młodzieńcu o wiele więcej, niż mógłby wiedzieć o sobie młody Wicio-znał fakty, które dopiero miały się wydarzyć. Potem jednak zmieniłam zdanie. Teraz wydaje mi się, iż tajemniczy przybysz to odziany w ludzkie ciało, opisany w siedmiu najznakomitrzych rozdziałach jakie w zyciu czytałam,bóg.Właśnie zawarty w "Kronice wypadków miłosnych" fragment o bogach, który pozornie nie ma zadnego związku z akcją, właśnie on zrobił na mnie najsilniejsze wrazenie. Po prostu zżera mnie zazdrość, ze ja nie jestem w stanie napisać czegoś tak pięknego i uderzającego z tak druzgoczącą siłą. Nigdy dotąd nie spotkałam się z podobną nawałnicą poetyckich sformułowań w prozie i błyskotliwych, zaskakujących tez. W kręgach moich przyjaciół tylko "Padlina" Charlesa Baudlaire'a i "Śpieszmy się kochać ludzi" Jana twardowskiego zrobiły większą furorę.

Zakończenie "Kroniki wypadków miłosnych' zasługuje jednak na wieczne potępienie. Chyba tylko historia Romea i Julii oraz Winstona i Julii z Orwellowskiego "Roku 1984" miała tragiczniejszy finał.

Za każdym razem, kiedy powracam do Shakespearowskiego poematu mam całkowicie głupią i bezsensowna nadzieję, że Romeo jednak wstrzyma się, choćby na momencik, z wypiciem trucizny, ze pozwoli Julii obudzić się z przypominającego do tragicznego złudzenia śmierć snu.Kiedy natomiast przypominam sobie potworne losy Winstona i Julii nie potrafię przebaczyć Orwellowi, że pozwolił na to, by w gmachu Ministerstwa Pokoju wyrwano im człowieczeństwo i pozbawiono godności, ze nie im dane było obalić tyranii Wielkiego Brata.
Gdy za kilka lat powrócę (a napewno powrócę) do "Kroniki wypadków miłosnych', będę się modlić, by Konwicki pozwolił kochankom umrzeć, by nie skazywał ich na zycie w rozłące, na wielką niewiadoma, którą niesie soba wojna. Nie mogę zrozumieć, dlaczego autor jak gdyby w ostatniej chwili zmienił zakończenie. I dlaczego te najpiękniejsze opowieści o miłości zawsze kończa się tragicznie. czy to wynika z cynizmu, zazdrości czy po prostu z pesymizmu, ze najbardziej namietne historie niezmiennie znajdują swój finał pośród łez i bólu, nigdy nie kończą się w krainie, "gdzie budzą się sny", w krainie wiecznego szczęścia i wszechogarniającego uczucia.

Ale moze własnie dlatego pozostaja w pamięci na zawsze.
"Kronika wypadków miłosnych' to przede wszystkim opowieść o miłości, o nieszczęśliwym i niespełnionym uczuciu, które połączyło dwie zupełnie różne osobowości. Nie wolno jednak zapominać, że to także historia ponadpodziałowej przyjaźni, łączącej Witolda, Lowkę i Engela. Każdy z nich reprezentował inna przynależność narodową, byli wychowywani w odmiennych kulturach i mieli zupełnie rózne spojrzenie na rzeczywistość - a jednak potrafili odnaleźć wspólny język.Czyż przyjaźń pomiędzy Rosjaninem, Polakiem a Niemcem w okresie XX-lecia międzywojennego nie stanowi dowodu na to, jakże odmienne są stosunki czysto międzyludzkie od tych ubrudzonych polityką? Jak pomyslę, ze wkrótce Lowa, Engel i Witold stanąć mieli na przeciwnych frontach wrogim sobie krajom i strzelac do rodaków swoich przyjaciół, a być może do nich samych (!!!!!!!!) - przechodzą mnie dreszcze. Wyobraź sobie, czytelniku tej wypociny, ze musisz strzelić do swojego najlepszego przyjaciela, bo w przeciwnym wypadku on strzeli do Ciebie!!! OBCZAJ TO!!Nie jestem po prostu w stanie wyobrazić sobie ich uczuć, gdyż na pewno zdawali sobie sprawę,ze ten przerażający sen moze się ziścić.

Przeciwieństwem miłości nie jest nienawiść,a obojętność. Zreszta jest ona przeciwieństwem wszystkich odczuwanych przez człowieka emocji, wszystkie zabija*.Dlatego też powinniśmy jak najczęściej sięgać po powieści takie jak "Kronika wypadków miłosnych" Tadeusza Konwickiego. One nas uwrażliwiają, uszlachetniają, otwieraja oczy na wiele spraw, zmuszają do refleksji i budza w naszych sercach te najlepsze, najpiękniejsze i najbardziej ludzkie uczucia.

*)jeśli myslisz inaczej - wierz mi - mylisz się.

Ps.Moze jest naiwna, moze deko płaczliwa, ale moja własna, podpisuję się imieniem i nazwiskiem, bo jest MOJA.
mam nadzieję,ze zrobicie z niej dobry uzytek. Pozdrówy!!!

Przydatna praca?
Przydatna praca? tak nie 49
głosów
Poleć znajomym

Serwis Sciaga.pl nie odpowiada za treści umieszczanych tekstów, grafik oraz komentarzy pochodzących od użytkowników serwisu.

Zgłoś naruszenie